Brydż na Pętli Żuław

Tym razem barka. Barka czyli hausbot. Barka pojawiła się w marcu. To znaczy pomysł się pojawił. Zastanawialiśmy się dokąd zabrać karcięta i pociąć w ulubionego brydżyka. Tomek też szukał i wyszperał taką to imprezkę. Do tamtego czasu wiedziałem, że podróżuje się barkami gdzieś po kanałach i rzekach Europy. Nie przypuszczałem jednak, że i w Polsce też można popływać w ten sposób. Można. Tak więc już marcu ustaliliśmy termin i rozpoczęło się półroczne czekanie na przygodę ewentualnie Przygodę.

We wrześniową chłodną niedzielę raniutko ruszyłem na spotkanie przyjaciół i Przygody. Z chłopakami umówiłem się na dworcu autobusowym wGdańsku, a z Przygodą umówieni byliśmy w Rybinie. Muszę powiedzieć, że od 2009 r., kiedy to na brydża także udawałem się autobusem, coś w temacie drgnęło! Bilet taniutki, komfort znakomity (np. toaleta w autobusie nie była tylko na pokaz), awarii brak, punktualność. No panie dzieju Europa.

Tak więc po dotarciu chłopaków (a właściwie panów a nawet jednego dziadka) do Gdańska i serdecznym przywitaniu śmignęliśmy na Żuławy. Podczas podróży samochodem mędrkowaliśmy trochę i narzekaliśmy na niski stan wody w rzekach. W tym roku, czyli 2012, panowała susza (chłe chłe, SUSZA) a wody choćby w Wiśle było tylko tylko - poczytajcie gazety z tego okresu, jakieś skarby tu ówdzie się ukazały). O hausbocie nie mędrkowaliśmy bo i żadnego wyobrażenia o takiej żegludze nie mieliśmy. Doświadczenia brak. Poza oczywiście ogólnym obyciem z wodą jak to u... wilków morskich i jeziorowych.

Dotarliśmy do Rybiny, gdzie jest port macierzysty barek. Umówiliśmy się na przejęcie łódki za czas jakiś. Musieliśmy przecież wpaść do sklepów i zaopatrzyć się. Szybko (czy też stosunkowo szybko) się z tym uporaliśmy. Wrzuciliśmy wszystko jak leci na łódkę (Anetka jej było na imię) i przeszliśmy do następnego punktu programu - szkolenia.

O, tu jest Rybina (na Zumi).

Poszło szybko. Zostaliśmy poinstruowani i zaopatrzeni w locję. Przepłynęliśmy się też kawałek pod okiem instruktkora. Ja, podczas szkolenia jak zwykle nie paliłem się do praktycznych ćwiczeń, podchodzenia, odchodzenia, czyszczenia śruby itp., ale za to bardzo uważnie słuchałem, oglądałem i cieszyłem się, że tym razem nie ma żadnych przechyłów! No a potem rzuceni zostaliśmy na głęboką wodę. Z wrażenia nawet się nie przebraliśmy w nasze marynarskie mundury, tylko w cywilkach, w wyjścióweczkach w pantofelkach do cum i hajdaaaaaaaaaa!

Tak byśmy sobie życzyli. Niestety na przeszkodzie stanął most zwodzony. Swoją drogą w zasięgu wzroku zwodzonych mostów było aż trzy - dwa podnoszone i jeden obrotowy. Tak więc jeden z nich skutecznie nas przyhamował. Nie byliśmy pewni czy trzeba czekać aż przyjdzie ktoś i go podniesie, czy może krzyczeć na mostowego lub do niego dzwonić. Nic, żadnego info. Cholerka, czyżby falstart? Tomek wtedy nabierał wprawy w prowadzeniu Anetki. Poudawał że robi ważne manewry. Jakieś niby zwroty. Tak byśmy pewnie kołowali do niewiadomo kiedy. Jednak moje szczęście zadziałało. Otóż z naprzeciwka śmigała wyższa (zdawało by się) jednostka. Przeszła bokiem, obok głównego przęsła mostu i już! Kurcze, jakież to proste.

Anetka i inne przy zwodzonym moście.

Ruszyliśmy i my. Wolno, wolniutko, WOLNIEJ!!!! Tomasz, czemu tak pędzisz?! Trrrrrrrrach? Nie. Uff, całe moje szczęście. Wystarczyło zdjąć drabinę położoną na dachu i bez zgrzytów Anetka z nami przeszłą na drugą stronę.

Zaczęliśmy żeglugę. Żaden z nas nie miał doświadczenia w żegludze rzecznej. Nie byliśmy pewni niczego. Czy możemy przejść po kożuchu z salwinii pływającej (salvinia natans) czyli paproci wodnej? Ryzykowaliśmy. Ale niewiele bo nauczono nas jak czyści się śrubę z roślin. Przećwiczyliśmy i przestaliśmy się obawiać.

Rybina za nami. Płyniemy.

Zacząłem obserwować (sterowali inni) otaczający nas świat. Nie pierwszy raz byłem na Żuławach ale za to pierwszy raz patrzyłem na nie ze środka Szkarpawy. Zachwycały. Pierwszy etap zakończyliśmy już po półtorej godzinie. Dzień chylił się ku końcowi. Pierwsza marina znajdowała się w Osłonce.

Trasa nasza ma nawet oficjalną nazwę - Pętla Żuław. Przygotowana została do takiego właśnie podróżowania. Pobudowane zostały mariny gdzie można się zatrzymać, odpocząć (od odpoczynku?), uzupełnić zapasy wody. Osłonka to właśnie takie miejsce. Niestety nie mogliśmy w pełni skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji bo Osłonka była zamknięta z powodu awarii. Wszyscy jednak wcześniej byliśmy mieszkańcami internatu na Bogusława, czy Mechanika i takie niewygody to żadne.

Pierwsza noc rozwiała kolejne obawy. Wrzesień był zimny a noce w nim jeszcze zimniejsze a nasza barka wyposażona jest w ogrzewanie i podgrzewacz wody. Działało!!! Było ciepło, a nawet gorąco. Później nawet odnaleźliśmy stosowne pokrętełko i regulowaliśmy sobie temperaturę. Przyjemnie.

Dzień obudził nas wspaniałą pogodą. Szybko, jak na barkowe warunki uwinęliśmy się ze śniadaniem. Ubrani stosownie w marynarskie (?) rzeczy ruszyliśmy w nieznane. Przed nami był najdłuższy etap. Osłonka – Malbork.

Za Osłonką, w stronę Zalewu. Płyniemy.

Podczas instruktarzu pouczono nas o bezwzględnym zakazie wpływania na Zalew Wiślany. Jak sądzicie, cóż kazał uczynić nasz Kapitan? Tak, tak, kazał zobaczyć jaki widok rozciąga się na ten akwen! Na nic się zdały moje protesty! Całe szczęście, że nie było wolą Kapitan płynąć gdzieś do Krynicy! Musnęliśmy więc tylko Zalew podziwiając piękny surowy widok i wróciliśmy na właściwy kurs. Ze Szkarpawą zaraz się pożegnaliśmy się i weszliśmy w Nogat. Paproci wodnej było całe mnóstwo. Nie szkodziła za bardzo. Kwaśny opanował do perfekcji czyszczenie śruby. Płynęliśmy spokojnie. Czas płynął leniwie. Wrześniowe słońce przygrzewało. Wspominaliśmy najlepsze czasy.

Już zobaczyliśmy Zalew. Płyniemy.

Obrazek rodzajowy. Płyniemy.

Po trzech godzinach, KwŁS (Kapitan w Łowickich Spodniach) postanowił sprawdzić naszą czujność, podnieść poziom naszego wyszkolenia i zarządził przybicie do dzikiej plaży. Jak mógł wyjść manewr? Najlepiej. Tomasz zna się na rzeczy. Jego komendy były jasne i zrozumiałe, wydawane głosem donośnym bez zbędnych ukwieceń. Czuć było, że przywykł do przekrzykiwania ryczącego wichru bałtyckiego. A i my jako załoga wykonywaliśmy rozkazy bez zmrużenia oka. Byliśmy świadomi, że od tego zależy nasz los!

Hmm, no może aż dramatycznie nie było.

KwŁS

Na dzikiej plaży. Nie płyniemy.

Chyba przyjemnie mieszkać tak nad wodą. Płyniemy.

Po krótkim postoju ruszyliśmy w dalszą drogę. Podróż w dalszym ciągu przebiegała leniwie. Jednak drugiego dnia zaplanowane było przejście przez śluzę. Moje pierwsze samodzielne, prawie za sterem. Kiedyś płynąłem statkiem białej floty i był on śluzowany. Dziś jednak miał się odbyć manewr, w którym miałem uczestniczyć w pełni świadomy i czynny.

Doszliśmy do Michałowic. Pierwszej śluzy na naszej drodze. Przyznam się, że gdyśmy podchodzili to miałem duszę na ramieniu. Nie wiem dlaczego. Nigdy nie słyszałem o tym, że w Michałowicach przepadają statki, a ciała marynarzy rozszarpane przez dzikie zwierzęta walają się po okolicy. Choć gdy zobaczyłem Śluzową z Michałowic to nawet przez ułamek sekundy nie przemknęła myśl by nie zapłacić za śluzę. Ręczne kręcenie korbą rozbudowuje muskulaturę!

Moja pierwsza śluza. Płyniemy?

Tomasz dowodził jak zwykle wspaniale. Nabraliśmy wiedzy, jak działać podczas śluzowania. Po otwarciu wrót ruszyliśmy dalej. Bez żadnych niespodzianek przedzieraliśmy się przez paprociowe łąki. Na Anetce panował surowy zakaz spożywania alko, znaczy podczas ruchu barki. O tym jak słusznie postąpił Kapitan wydając takie zalecenie przekonaliśmy się na śluzie Rakowiec.

Tym razem nie byliśmy sami. Przed nami stała barka z „naszej stajni”. Faceci sprawiali wrażenie bardzo pewnych siebie. Niestety ich pewność prysła gdy rozpoczęła się do śluzy wlewać woda. Sam bosak (albo mięśnie motorowodniaków) okazał się za słaby by utrzymać barkę. Prąd wody zakręcił nimi solidnie o 360 stopni. Usłyszeliśmy z pokładu źle wróżące „nie jest dobrze panowie" ale jakoś uczepili się polerów i opanowali krążenie. Później okazało się… No ale co tam będziemy wdawać się w szczegóły.

Moja druga śluza. A tłem zaraz zakręci! Płyniemy?

Po przejściu śluzy w Rakowcu trafiliśmy na bardzo grubą warstwę naszej wodnej paproci. Wiatr i prąd rzeki zepchnęły rośliny z całej chyba okolicy pod zachodnie wrota śluzy. Wyglądało to jak idealnie zniwelowana łąka. Niejedna arena piłkarska chciałaby mieć taki... poziom. Pomnąwszy oczywiście poziom wody, z którym to Stadion Narodowy w tym roku się zmagał.

Murawa z salwinii. Przedzieramy się.

Silnik ciężko pracował. Udało się przebić przez przeszkodę i wypłynęliśmy na czyste wody. Bystre ucho i oko Kwaśnego wyłowiły nieprawidłowości w pracy Yamachy. Chłodzenie nie było prawidłowe. Na polecenie KwŁS rzuciłem kotwicę. Jarosław szybko dokonał przeglądu i przepchnął wężyk chłodnicy. Czy komukolwiek przyszło do głowy, że najlepszym narzędziem może być spławik?

Do przystani malborskiej przybiliśmy po południu. Przed ostatecznym przycumowaniem pokręciliśmy się troszkę po Nogacie. Porobiliśmy trochę zdjęć zamku. Z wody wygląda imponująco! Pooglądaliśmy też trenujących kajakarzy i załogę na smoczej łodzi. Tak naprawdę szukaliśmy przy tej okazji mariny, gdzie czynna była by łazienka. Sezon skończył się 15 września i wszystko było już pozamykane!

Zamek, smocza łódź, kajak, Nogat. Płyniemy.

Zacumowaliśmy więc w marinie najnowszej i najładniej wyglądającej a po przebraniu ruszyliśmy w miasto. Było całkiem niedaleko zamku, który mogliśmy sobie tym razem obejrzeć od strony lądu. Pooglądaliśmy miasto, sprawdziliśmy menu w jednej z gospód. Legenda mówi o dziewczynach marynarzy w każdym porcie ale myślmy nie spotkali nam przynależnych. Może dlatego że było po sezonie? Jedynie kelnerka w gospodzie obdarzyła nas miłym uśmiechem a myśmy odwdzięczyli się chwaląc podawane przysmaki. No i trzeba powiedzieć, że nie było to tylko z grzeczności bo w Przystanku Patrzałkowie, jak się okazało, gotują pysznie.

Fontanna w Malborku. Idziemy.

Na przystani dowiedzieliśmy się od życzliwego gościa, że można jednak załatwić łaźnię. W pobliskim OSIR jeszcze działała. Po uiszczeniu niewielkiej opłaty, z rabatem uzyskanym dzięki urokowi osobistemu mojemu i Łysego popławiliśmy się w (skromnym) luksusie. Później się okazało się że i tak przepłaciłem za ten luksus ale może i nasz urok osobisty już taki może... niedzisiejszy.

Zamek wieczorową porą. Podziwiamy.

Kolejny dzień, postanowiłem rozpocząć śniadaniem z chrupiącymi bułeczkami. Poszedłem więc do piekarniczego, który był na drugim końcu Malborka. Wyszło, że miałem dwa w jednym – poranna zaprawa oraz świeże pieczywko.

Po śniadaniu ruszyliśmy na zwiedzanie Zamku. Wycieczka trwała kilka godzin. Była pouczająca. Przewodniczka starała się pokazać nam jak najwięcej. Nie będę o historii opowiadał bo przecież każdy ją zna! Zamek jest olbrzymi, więc nachodziliśmy się troszkę. Po Zamku, obfity obiad w lokalu o wielce obiecującej nazwie Karczma Zamczysko. Raczej powiedzieć trzeba, że na obietnicach się skończyło ale przejazd z zamku do karczmy elektrycznym Melexem z kierowcą, co nas przyprawiał o panikę - bezcenne!

Refektarz w zamku. Zwiedzamy.

Po zwiedzaniu i obiedzie ostatni etap po łagodnych wodach Nogatu. Widoki zachwycające. Widać już zbliżającą się jesień. Opisywać? Nie, to trzeba zobaczyć!

Spokojnie doszliśmy do Białej Góry. Był już wieczór. Zacumowaliśmy w sąsiedztwie wielkiej, co ja mówię (piszę), olbrzymiej śluzy. Na dodatek wieczorny zmrok jeszcze ją powiększał. Imponujące. Za wrotami tejże czekała na nas Wisła - królowa rzek polskich. Czym prędzej wybraliśmy się na koronę wału by Ją zobaczyć. Wyglądała rzeczywiście królewsko.

W drodze do Białej Góry. Wieczór. Płyniemy.

Śluza w Białej Górze.

W marinie białogórskiej sezon trwał w najlepsze. Mogliśmy więc bez przeszkody załatwiać różne prywatne sprawy w tym nacieszyć się ciepłym prysznicem.

Po kolacji chcieliśmy od razu zasiąść do roberka. Jednak Łysy musiał stoczyć heroiczną walkę z SYSTEMEM. Chciał mianowicie przez serwis mobilny zasilić konto syneczka, któremu gdzieś na wolontariacie w dalekiej Bułgarii zabrakło płatniczych środków. W końcu jakoś się udało rozegraliśmy kilka roberków. Oj nie poszło nam (Figurze i mi) gładko! Czyżby Wy w tajemnicy trenowali? Walka trwała zacięta do późnych godzin.

Ranek zadeszczył. Nie było to dla nas zaskoczeniem. Prognozy mieliśmy na zawołanie. Miało padać i padało. Miało się przejaśnić i się przejaśniło. Skorzystaliśmy z okazji i ruszyliśmy. Przez śluzę przeszliśmy w towarzystwie bliźniaczej jednostki. Staraliśmy się iść ich śladem. Lecz nam „zwiali”.

Zobaczyliśmy jak w pewnym oddaleniu wykonali karkołomny zwrot co nas natchnęło do przyglądania się dnu a przynajmniej jego wypatrywania. Tak się tym zajęliśmy że nie zwracaliśmy sobie głowy oznaczeniem szlaku. Mamy przecież tak minimalne zanurzenie, że chyba wystarczy tak „z lekka“ trzymać się krzyżyków, kwadratów, iksów, rombów na brzegu. A tu niespodzianka! Dno Wisły było tuż pod powierzchnią wody! Umysł Kapitana jął pracować na olbrzymich obrotach. Przypomniał sobie o oznaczeniach szlaku. Choroba, lecz coś było nie tak. Staramy się a tu dupa! Na wysokości wsi Piekło osiedliśmy na mieliźnie. Środek rzeki i łacha! Skąd się tam wzięła? Nie miało jej tam być! No ale pamiętnego roku 2012 wody w Wiśle było tylko tyci, tyci. No i nie dość, że mielizna to silnik odmówił współpracy!

Ja taki uśmiechnięty a tam w oddali czai się... przygoda. Jeszcze płyniemy.

Katastrofa? A może Przygoda? Zdania były podzielone. Demokratycznie wybraliśmy Przygodę. Przygoda a w niej: środek rzeki, pogoda pod zdechłym Azorem, mielizna, źle działający silnik. W Kwacha wstąpił Wielki Znawca Silników Spalinowych. Przy pomocy scyzoryka, spławika i gorącej wody (to akurat niechcąco) rozpoczął remont. Razem z Tomkiem zdjęli obudowę i zaczęli badać drogę wody chłodzącej. Porozłączali różne przewody, przepłukiwali je i… nic. Z brzegu dochodził nas rechot wędkarzy (a przynajmniej tako mogłoby się wydawać). Nabijali się z nas. W końcu znaleziony został „korek”. Listek z paproci zablokował przepływ wody. Silnik zaterkotał radośnie. Odwdzięczył się super ciągiem, który pozwolił nam „zejść” na wstecznym z mielizny bez zdejmowania spodni.

No i siedzimy na mieliźnie. Przygoda. Już nie płyniemy.

Tomasz w księdze locji odnalazł rozdział o oznaczeniu szlaku wodnego na Wiśle, którego zasadniczo nie ma bo rzeka dzika, nieuregulowana, ale trzeba się trzymać raz jednego raz drugiego brzegu. Nie jest bardzo skomplikowane. Ale trzeba się było tego nauczyć. Motywacja w postaci mielizny zadziałała.

Znaki nawigacyjne na Wiśle. Już znów płyniemy.

Dość silny prąd porwał nas ze sobą. Bez większych przeszkód dotarliśmy do Tczewa. Od razu zwróciła naszą uwagę konstrukcja pomostów mariny, która daje pojęcie jak różnych poziomów wody można spodziewać się w Wiśle.

W miasteczku uzupełniliśmy zapasy. To znaczy dopiero po tym jak odnaleźliśmy Jarka. Podczas spaceru znikł nam w pewnej chwili z oczu. Szukaliśmy, niepokoiliśmy się, podejrzewaliśmy różne rzeczy! I co? Znalazł się. Postanowił po prostu zaopatrzyć się wędkarsko! Artykuły przemysłowe jak i... nazwijmy to, spożywcze. Haczyki i robaczki. Różnokolorowe. Tak więc chęć była wielka wyłowić wielką rybę. A powiem Wam już od razu - mimo zarzucania, zaklinania i czekania, nie złapało się NIGDZIE NIC!

Tczew. Płyniemy.

Po powrocie z wycieczki zarządzony został czas wolny. Mogliśmy robić to na co przyszła nam ochota. Ja wypoczywałem, Kwachu łowił ryby (aczkolwiek nie złowił), Figura go wspierał, Tomek chyba przeglądał sieć (ale tą z informacjami a nie rybami). Gdzieś w międzyczasie spożyliśmy w nadrzecznej restauracji obiad a może kolację. Bardzo przyzwoity lokal z bardzo przyzwoitym jedzeniem w nieprzyzwoitych cenach. Takie małe szaleństwo. Ale za to pyszne.

Po kolacji meczyk. Czy tym razem też gra była tak wyrównana? Nie pamiętam! Ale skoro nie pamiętam to i może i tak? Figura ma zapiski. Można sprawdzić.

Ranek przywitał nas chłodem i słonecznym błękitnym niebem. Obraliśmy kierunek ku ujściu a dokładniej na Gdańsk. Z każdym kilometrem wody robiło się jakby więcej. Przestało nam zagrażać siadanie na mieliźnie.

Po śluzowaniu w Przegalinie, tuż przed ujściem Wisły do Zatoki, dostaliśmy się na Martwą Wisłę a nią dotarliśmy do Sobieszewa. Niestety nie było szans zdążyć na otwarcie pontonowego mostu prowadzącego na Wyspę Sobieszewską. Godziny otwarcia są bardzo przestrzegane. Tak więc po rekonesansie po przedmostowym akwenie przez kilka godzin na przystani dziwnego domu doskonaliliśmy umiejętności wędkarsko-kucharsko-brydżowe. Proszę jednak nie sądzić, że wędkarstwo miało tu coś wspólnego z kucharzeniem, co to to nie. I w ogóle, jak sobie przypominam, to jeszcze nic, co zostało złowione podczas naszych wypraw (o ile coś zostało złowione), nie nadawało się do kucharzenia!

Mimo skupienia NIC. Czekamy na most.

O godzinie H przepuszczono nas na drugą stronę mostu. Swoją drogą ciekawa ta konstrukcja. No i że też to jeszcze się trzyma!

Most się otwiera.

Zaczęliśmy oddychać gdańskim powietrzem. Droga prowadziła nieopodal klubu AKM (ulubiony klub Łysego?), stoczni Wisła (ulubiona stocznia Wojtka?), stoczni im. Lenina (ulubiona stocznia Lecha?). Przepłynęliśmy pod pięknym nowym mostem a także pod brzydkim starym, przepływaliśmy przy nowych nabrzeżach jak i przy zaniedbanych. Nawet nie wiedziałem, że aż tyle wody jest w Gdańsku!

Nowe i stare. Podziwiamy.

W pewnym momencie ujrzałem Żuraw. Pierwszy raz w życiu na żywo! A za chwilę Sołdek! Pierwszy raz w życiu na żywo! Po prostu nie mogłem uwierzyć że jestem w tym miejscu. Przyznam się, że w Gdańsku bywałem w akademikach, na dworcach lecz nigdy nie dotarłem na gdańską starówkę.

Zacumowaliśmy Anetkę. Przebraliśmy się w cywilki i w miasto. Bardzo mi się podobało. Po prostu brak mi słów. Był już wieczór. Starówka pięknie oświetlona, dużo ludzi. A tu nagle Neptun! Pierwszy raz w życiu na żywo! Jak się kiedyś nagdańszczę to może uzupełnię ten wpis. Na razie brak mi słów.

Żuraw i Sołdek! Brak mi słów!.

Neptun! Brak mi słów!

Wspomnę jeszcze, że tak bardzo chcieliśmy zjeść dobrą, kolację, tak bardzo szukaliśmy dobrego miejsca, że... skończyło się na pizzy w sieciówce. Nawet pizza była raczej taka sobie. Można by powiedzieć, że porażka gdyby nie to sytuację ratowało dobre (własne) towarzystwo. Po kolacji wróciliśmy na Anetkę i jak zwykle zabraliśmy się za brydża. Gdy mnie i Figurę zmógł sen pozostali dwaj spędzili jeszcze sporo czasu na deku delektując się atmosferą gdańskiej mariny, dobrym (?) piwem, dobrymi (?) papierosami a przede wszystkim dobrą rozmową.

Jeszcze jedna fotka "na tle".

Ruszyliśmy rano. Nie chcieliśmy przegapić otwarcia mostu. Po drodze zatankowaliśmy zbiorniki paliwa. Korzystaliśmy z tankowca! Na serio! Pan cepeeniarz zapewniał, że jego pływająca stacja benzynowa ma wszelkie dokumenty jakie powinien posiadać tankowiec a i on ma niezbędne uprawnienia do pracy na takim statku. Kolejna ciekawostka do kolekcji.

Na tankowcu. Tankujemy.

Te żurawie zawsze robią wrązenie. Płyniemy.

Przed Sobieszewem skręciliśmy ku ujściu do Zatoki, by Tomek mógł sobie przypomnieć widok ośrodka AKMu, w którym się kiedyś się szkolił i szlifował umiejętności. Pozmieniało się trochę. No i chyba na lepsze. Marina wygląda całkiem imponująco. Na przeprawę przez most zdążyliśmy a nawet czekaliśmy kilka minut. Figura kręcił z Anetką kółka, jak nie przymierzając, na ludowej zabawie.

Przed wpłynięciem na Wisłę właściwą zajrzeliśmy do nowo wybudowanej mariny w Błotniku. Naprawdę całkiem, całkiem są te nowe przystanie. Ciekawe jak wygląda to wszystko w sezonie bo gdy my pływaliśmy wszędzie było sennie i raczej pustawo.

Do śluzy Gdańska Głowa płynęliśmy pod wartki nurt Wisły. Wyraźnie wolniej się płynęło niż w przeciwnym kierunku. A poza tym wiało jak diabli. Po Gdańskiej Głowie znów wpłynęliśmy na Szkarpawę. A więc powoli zaczynamy kończyć pętlę. Wiatr jakby ucichł. Zasłonił nas od niego wysoki wiślany wał. Rzeka praktycznie bez nurtu, malownicza okolica. Pięknie.

Planowaliśmy zatrzymać się Drewnicy, która jak mówi locja, słynie z gospody, gdzie w pobliżu nowego zwodzonego mostu, można się niezwykle smacznie pożywić. Niestety w Drewnicy też jakby koniec sezonu. Gospoda nieczynna. Dodatkowo, jak się dowiedzieliśmy, nastąpiła zmiana właściciela. Czy podtrzyma sławę znakomitej kuchni? Tak więc oddaliśmy cumy, zwiększyliśmy obroty silnika i ruszyliśmy ku Rybinie by zakończyć Pętlę Żuław.

W Drewnicy restauracja zamknięta. Smucimy się.

Po drodze jak zwykle raczyliśmy się pięknymi widokami ale także spotkaliśmy całkiem tajemnicze miejsca jak i tajemnicze budowle. Bo skąd nagle na Żuławach szwajcarska i  norweska flaga? Przecież to Holendrzy budowali kanały. Albo jakież przeznaczenie może mieć budowla jak na zdjęciu? Czy to tylko rozbuchana wyobraźnia inwestora i architekta?

Tajemnica nr 1. Dziwimy się.

Tajemnica nr 2. Dziwimy się.

Obiadokolację (jak to się zwykło teraz mówić, ciekawe po co) spożyliśmy już w Rybinie. W gospodzie w starym domu, pełnym starych sprzętów. Pozwoliliśmy sobie nawet włączyć lampowe radio, które zadziałało! W środku tajemniczy blask próżniowych lamp, zapach bakelitu i ani jednego chipa. Z głośnika Warszawa I, 227 kHz. Nie mogła więc kolacja smakować inaczej niż wyśmienicie.

Po powrocie zapaliliśmy i wypaliliśmy tradycyjne cygaro. Jednak! A już myślałem, że tym razem mi się upiecze. Trudno, tradycja! Tak więc posiedzieliśmy trochę, pogadaliśmy o wszystkim i o niczym by zapaść w zasłużony sen. Tym razem już bez brydża. Zielona noc była chłodna bo skończył się gaz, którego nie oszczędzaliśmy.

A rano? No cóż oddaliśmy Anetkę w armatorskie ręce, pozwiedzaliśmy bardziej komfortowe łódki, choć nie mamy podstaw by na naszą narzekać i wróciliśmy do domeczków.

Rejs był cudny. Cisza, spokój. Ojczyzna widziana ze środka rzek wspaniale się prezentuje. Dzięki za wspaniałą Podróż.

Blady

Warszawa, listopad 2012